"Drogą do sukcesu są kręte schody."
Co byście zrobili, gdyby cała droga do waszej kariery nagle zaczęła się burzyć?
"Studio tańca wyrzuciło moja grupę razem z trenerem, bo pojechaliśmy na obóz, który zorganizował nasz trener za kilka razy mniejsze pieniądze niż ten, który organizowało nasze studio taneczne. Muszę dodać, że obóz zorganizowany przez trenera dawał nam o wiele większe możliwości niż ten ze studia, ale nie pasowało im to, że nie dawaliśmy im na nas zarobić." - mówi Ola, z którą miałam przyjemność poruszyć temat jej tanecznej kariery.
Jak się okazało, studio postanowiło, pod nieobecność trenera drużyny, zorganizować obowiązkowe spotkanie i postawić dyktatorskie ultimatum, likwidując całą grupę wiekową w filii, w mieście, do którego cała ekipa miała blisko, "albo dojeżdżacie 20 km do naszej siedziby, przez 3 razy w tygodniu, albo się żegnamy".
Czy po incydencie w studiu wasza grupa się rozpadła, czy może próbowaliście dalej razem działać?
Jak długo wasz trener z wami współpracował, po incydencie w studio?
"Studio po tym, jak wybraliśmy się na inny obóz (taki, na którym naprawdę się czegoś nauczymy) zaczęło robić problemy ze wszystkiego! Studio, czyli dokładniej jego właściciele, którzy na początku nowego sezonu postanowili spotkać się tylko z naszą grupą akurat w tym terminie, kiedy trener prowadzący naszą grupę był za granicą. Na spotkaniu powiedzieli nam, że nasz trener już dla nich nie pracuje, a my, jeśli chcemy jeszcze w ogóle się rozwijać, to mamy połączyć się z grupą na naszym poziomie w siedzibie studia - 20 km od naszego miasta i dojeżdżać tam 3 razy w tygodniu na treningi. Gdy spotkanie się skończyło, od razu próbowaliśmy skontaktować się z naszym trenerem, żeby zapytać go czy o tym wiedział. Po tym jak wszystko mu opowiedzieliśmy był nieźle zdziwiony i powiedział że o niczym nie wiedział. Następnego dnia napisał do nas, że został zwolniony PRZEZ SMS'A!" - opowiada szczegółowo. Postanowiłam zapytać, czy nie próbowali nawiązać kompromisu, w odpowiedzi usłyszałam:
"Jedynym kompromisem, na który zgodziło się studio (sami właściciele go przedstawili) były właśnie te dojazdy, które niestety były dla nas nie do wykonania. Powiedzieli jasno: dojeżdżacie, albo przestajecie tańczyć, bo tu u Was nie ma gdzie. Ciężko byłoby nam dojeżdżać do siedziby studia, wszyscy byliśmy w wieku szkolnym, nie raz kończyliśmy lekcje późno - na miejscu, u siebie, sami dostosowywaliśmy godziny treningów tak, aby wszystkim pasowały, w siedzibie musielibyśmy się dostosować do godzin narzuconych przez tamtą grupę, a poza tym jedyna możliwość dojazdu to prawie godzinna podróż autobusem... 2 godziny na transport w obie strony tylko po to żeby dojechać na zajęcia które trwają godzinę? Nie bardzo, pamiętajmy, że to dodatkowe koszty, nie wspominając już jak odbiłoby się to na szkole."
Czy po incydencie w studiu wasza grupa się rozpadła, czy może próbowaliście dalej razem działać?
"Nasz trener który przygarnął nas pod swoje skrzydła, prowadził naszą ekipę bez żadnego zysku, płaciliśmy tylko za wynajem sali tanecznej i wszystko było dobrze, aż do momentu gdy wygrał popularny program telewizyjny. Ponieważ poleciał do stanów na długo wyczekiwany wyjazd - stypendium w szkole tanecznej, i po wylocie z dnia na dzień zupełnie urwał nam się kontakt, jakby zapomniał o naszym istnieniu."Hm, czytając opis twojej historii, mogę stwierdzić, że pieniądze potrafią zrobić wodę z mózgu, nawet najbardziej szlachetnym ludziom. Czy trener, gdy przygarnął was ponownie pod swoje skrzydła, dawał jakieś odczucie, że nie leży mu to za bardzo?
"Wręcz przeciwnie, to on zaproponował, żebyśmy do jego powrotu do polski znaleźli jakąś salę, którą moglibyśmy wynajmować. Gdy ją już znaleźliśmy, to koszt jej wynajmu za godzinę podzieliliśmy między nas wszystkich. Za same zajęcia płaciliśmy groszowe sprawy - tylko tyle, żeby opłacić dojazd trenera z miasta obok, on nic na tym nie zarabiał. I tan trenowaliśmy cały kolejny sezon, który trwa tyle samo co zwykły rok szkolny."
Jak długo wasz trener z wami współpracował, po incydencie w studio?
"Można powiedzieć, że półtora sezonu. Po jednym sezonie w tej wynajmowanej sali, załatwił w innym studio, do którego co prawda tez dojeżdżaliśmy, ale było o wiele bliżej,poinformował nas, że będzie tam prowadził raz w tygodniu zajęcia otwarte - głównie dla naszej grupy. Niestety po połowie sezonu, wyleciał do Stanów Zjednoczonych. Wcześniej zapewniał nas, że załatwi na ten czas zastępstwo, jednak tego nie zrobił, wyjechał bez słowa, a o jego odwołanych zajęciach dowiedzieliśmy się godzinę przed tymi zajęciami. Zdziwiło nas to, bo byliśmy zżyci jak rodzina. Od tamtego czasu praktycznie nie mamy z nim kontaktu - może tylko czasami, gdy ktoś z nas wrzuci jakiś taneczny filmik na instagrama, wtedy komentuje go kilkoma emotkami i tyle. Mimo, że naszym zdaniem zachował się bardzo nie sprawiedliwie wobec nas, dużo mu zawdzięczamy, wiele nas nauczył, wiele się dowiedzieliśmy od niego o tanecznym świecie, dzięki niemu poznaliśmy tancerzy i choreografów, którzy naprawdę potrafią zainspirować."
Rozumiem, jak pozbieraliście się po tym wszystkim? Wasza grupa rozpadła się od razu, czy dopiero po pewnym czasie? A może próbowaliście sami coś działać?
"To był dosyć przełomowy okres. Jeden chłopak z naszej grupy stwierdził, że skończy już z tańcem. Jedna dziewczyna wyjechała do Londynu na studia,
a inna dostała prace jako menager najlepszego studia tanecznego na Śląsku.
Reszta - czyli ja, dwie inne dziewczyny i jeden chłopak zaczęliśmy tańczyć właśnie w tym studiu, w którym jako menager zaczęła pracować nasza koleżanka.
Jako grupa nadal wszyscy się przyjaźnimy, ale każdy z nas idzie bardziej swoją drogą. Zajęcia w tym studiu są zajęciami otwartymi i w praktyce rzadko spotykamy się całą czwórką nadal tańczącą na sali, ale to studio daje ogromne możliwości. Codziennie odbywają się tam inne zajęcia, mamy w czym wybierać.
Teraz tańczę częściej niż kiedyś i widzę swoje postępy - nie boję się jechać na zajęcia czy warsztaty z najlepszymi tancerzami choreografami, nie boję się jeździć na międzynarodowe warsztaty, na których mogę się uczyć od niesamowitych ludzi z całego świata. Porażki mnie już nie zniechęcają, bo nie przejmuję się tym, czy na turnieju będę stała w pierwszym rzędzie - tańczę dla siebie i porażki dają mi tylko motywacyjnego kopa."
Właśnie takich zakończeń życzymy z Olą wszystkim w podobnej sytuacji, oraz ostrzegamy, że nie warto się poddawać porażce. Jeśli życie przyniesie ci cytryny, idź po tequilę! :)



Super wywiad, z fajnym zakończeniem ! :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam !
Zazuul.blogspot.com
Mega pozytywny przekaz! Dzięki!
OdpowiedzUsuńJak się czyta takie historie to aż się przykro robi bo widać, co jest teraz najważniejsze - pieniądze. Dla niektórych ludzi liczą się one o wiele bardziej niż pasja...
OdpowiedzUsuńBardzo dobrze, że przynajmniej kilka osób z grupy tanecznej nadal walczy.